Białowieża i Solidarność – rodzinny punkt widzenia 4.

Białowieża i Solidarność – rodzinny punkt widzenia 4

Co naukowiec nastrajkuje?

Uwielbiam to pytanie. – co naukowiec nastrajkuje? Jest głęboko humanistyczne i w zasadzie zamyka dyskusje. Pomiędzy światem systemowych zależności, mechaniką naszego funkcjonowania społecznego a światem nieskrępowanego myślenia – metafizyką naszego bycia w społeczności – nie ma prostej ścieżki. I są tacy, którzy te zależności lekceważą. Często jest to władza, która lekceważy, jak w PRL-u…

Człowiek jeśli nie da go się przeliczyć na pieniądze, jedzenie, pracę produkującą materialne dobra -jest mniej uchwytny. Człowiek, który macha flagą, robi swoje (coś bardzo swojego), rozmawia o ideach, zmienia rzeczywistość mentalną swojego świata, realizuje swój sposób bycia w świecie – to istne zagrożenie. Czy moi rodzice, w talach 80 tych aktywnie działając w małym, wiejskim, solidarnościowym środowisku – byli tymi, którzy wcielają w życie swoją wolność, własną osobistą, pełną, czy…nie?

Punkt widzenie mojego taty Przemka: jest jasny, Mama, Ela w zasadzie uważa, że ich rola polegała na edukacji i wcielała to też długo po narodzinach solidarności, na zupełnie innych płaszczyznach. Poza tym – to ona należała do grona naukowców (pracowała wtedy w białowieskim oddziale Państwowej Akademii Nauk), a tata jako leśnik produkował drzewo. I (oddajmy sprawiedliwość ówczesnym porządkom) – dbał o szeroko pojętą gospodarkę leśną.

***

Taki konspiracyjny skarb wciąż jest do odnalezienia, ale umówmy się – nie ma to żadnego znaczenia. Tani artefakt innej epoki, udowadniający, że się władzy obawiano oraz — że, w imię uwalniających treści – podejmowano ryzyko (to uwolnienie zaczynało się od wolnego wyrażania wolnych idei – proszę zauważyć).najpierw aktywowana strefa to głowa!. Ile takich skarbów jest pochowanych w całym kraju. Skarbów z różnych okresów niepokojów i lęków i co one nam tak naprawdę mówią?

W tej opowieści jest mowa o nieżyjącym już artyście, szalenie barwnym człowieku — Leszku Wilczku. Zresztą przeciekawych osobowości u mnie na wsi naprawdę nie brakuje. Także teraz. W gruncie rzeczy kampania o wolność wciąż jeszcze trwa, tylko wygląda inaczej.

Na moment zmienię perspektywę: Fiodor Dostojewski napisał Jedyna wolność, to zwycięstwo nad samym sobą.

Ot co

Ballady o podlaskich słowach – krótki przegląd.

Wybór jest oczywiście subiektywny i niepełny, lecz żeby pociągnąć ten wdzięczny temat – muszę znaleźć jakiś super powód.  Do tworzenie nawet najkrótszych opowieści potrzebuję długodystansowych, dobrych emocji. Wiadomo – coś za coś.

Ale do sedna:

Podlasie… Od zawsze tu były mniejsze i większe „wędrówki ludów”. Każde „zawsze”  określało kolejne pokolenie na podstawie znaków i pozostałości po tych, którzy tu byli.  I nie były to tylko rzeczy, czy wspomnienia. Język nas łączy z tymi, których nie ma.  Żyjemy na terenie, na którym nie rosną jednorodne lasy i nie rosną tu też jednorodni  ludzie. Faktem jest, się porozumiewamy, ale nie mówimy tego samego i nie tak samo.

Gwara podlaska należy do dialektu mazowieckiego, lecz mówiło się i po rusku, i po  chachłacku, i kraszanką, „pa swajemu”, chętnie pisało cyrylicą (onegdaj – głagolicą),  albbo – wcale się nie pisało.

 

Ten język tworzy niezwykle piękne, różnorodne melodie. I używając wciąż żywej  materii rzeźbimy w niego proste komunikaty, oraz nieproste idee. Tak, jesteśmy w samym środku odrębności i w pewnej przynależności do geograficznej przestrzeni  określonych brzmień. Nie jestem specjalistką od gwar, jestem specjalistką od magii i  melodii słów. Kilka kluczowych fraz objawiło mi się w podstawówce. Nie doceniłam ich  wtedy. Teraz zaś – doceniam bardzo!

 

 

Prawda jest taka, że nie jestem dobra  w lokalnej mowie, rozumiem – ale wolę się nie wypowiadać. Śpiewać mogę. I rymować na temapt, ale nie w języku  😉

 

REFREN: I apiać tu takie słowa, wpadną w melodię języka,
kiedy człowiek się zapomni, kiedy życia dotyka,
kiedy zasłyszane zdania, zapomniane dawno temu
nagle wybrzmiewają we mnie,
a ja nie wiem: czemu, czemu?
I chce mi się wtedy śmiać – i a piać – i a piać, i a piać (czyli: znowu)

PS. A po wczytanie się w swoją mowę zalecam sięganie po prozę Barbabry Goraluczk:

Szag za szagom naszli sobie swuoj nowy duom na druhomu kuńciowi świeta, W Kapsztadi. W Puolszczy ne było im aż tak bardzo kiepśko, Handzia była pielęgniarkoju,
a Antoni mechanikom samochodowym. Mieli dwóch małych synuow, a żyli w Biłostoci z bat’kami Atonioho. Za toje Afryka powitała ich tepłom, bo zajechali tam w styczniu,
znaczy w seredini lieta.

Mnóstwo tu pięknych opowieści, mnóstwo słów, które same w sobie są treścią. Warto jest zbierać. Namawiam. Zachęcam. Przydają się, naprawdę. Bo i  dziś, gdy będąc na pogaduszkach z sąsiadką, nalewamy sobie do eleganckich kieliszków  równie elegancki trunek – i tak nazywamy go berbeluchą. Na cześć czasów, w których  elegancja nie obowiązywała, a prostolinijność i dosadność określeń pozwalała  wyobrazić sobie efekty berbeluchowego przedawkowania.
Jeśli spróbujesz wysączyć jeden kieliszek berbeluchy, to potem możesz już tylko  orzeszki. Albo inne barachło

Słów podlaskich na pewno każdy znajdzie jeszcze sporo. Będą i takie, które przywołają dzieciństwo w odsłonie sielskiej, będą i takie, przy których wciąż czuje się nieprzyjemny dreszcz. Jak to ze słowami bywa…

 

Te ballady powstały jako tekst do wystawy, która miała miejsce w białostockiej galerii Arsenał. „Wystawa Milk Me Sugar dotyczy języka sztuki, języka jako narzędzia opisu rzeczywistości i artykulacji postawy podmiotowej, dekonstrukcji języka jako systemu opresji, oraz rewolucji godności, która współcześnie egzekwowana jest między innymi poprzez dbałość o poprawność artykulacji spraw.”

 

Mam też niejasne wrażenie, że stare dobre, podlaskie słowa mogą już przyjąć nowe. Lokalnie zakorzenione, ale dotyczące aktualnego świata. Nie wiem co na to puryści językowi…?

Wprawdzie język łączy nas  z tymi, których nie ma, ale to też moment, by nasza podlaska mowa budowała nowe połączenia. Bez celebrowania przeszłości, choć z lekkim ukłonem w tamtą stronę.

Przy okazji – fantastyczny, podkarpacki jeżyk wykreował w swojej książce „ballada o wężowym sercu” Radek Rak. Przeczytałam ją z rok po napisaniu tych podlaskich impresji, ale… Bardzo ta książki mi współgra. Polecam!

Białowieża i Solidarność – rodzinny punkt widzenia cz 1.

I myśmy tej prawdy strasznie potrzebowali

Myślenie, że natchnionego marzenia. Szczególnie wtedy, gdy uczestniczyło się w tej historii, gdy włączone zostały emocje i rejestrowała to pamięć. Na tym naszym człowieczym dysku zapisane jest wielka historia, ale w intrygujących, bardzo czasem ciekawych – ale małych, pakietach

Czasy mamy niespokojne, powodów do szykowania na zmiany, do elastyczności – jest naprawdę sporo. I nie ma co panikować, jako ludzkość – stawaliśmy wobec tego typu wyzwań co wojnę, co kataklizm, co polityczne zwroty akcji. czyli – cyklicznie. Każde pokolenie ma czas swoich małych albo większych dramatów. Każde pokolenie w którymś momencie musi zapytać – czy to ono tworzy tę społeczność, w której żyje, czy ktoś to robi za nich. Ktoś t robi za nas.

 

Moje pokolenie ma teraz do dyspozycji pandemię, pokolenie rodziców stawiało swoje kluczowe pytania w latach 80 ubiegłego wieku, kiedy ówczesna polityczna i społeczna rzeczywistość coraz wyraźniej rozchodziła się w szwach. Ale ponieważ punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, to nie wszędzie i nie każdy brał udział w spektakularnej walce. Nawet jeśli czuł, że tak by trzeba było.
W większych ośrodkach, w miastach napięcia i reperkusje były duże, zostały opisane, historyczne fakty opracowywano po latach. Jednak wychowywałam się na wsi. Naprawdę trochę dziwnej wsi, nietypowej. Pamiętam tamto solidarnościowe poruszenie w nieistotnych już dzisiaj detalach, co nie zmienia faktu, że był to ważny moment, jeśli nie dla tamtego wiejskiego świata , to dla moich rodziców, z którym pewnego dnia postanowiłam odkryć nasze lokalne, kameralne, zwyczajne, codzienne karty wielkiej historii.

Niby to takie banalne, ale i dziś (jaj i wtedy) gra toczy się o prawdę.