Ballady o podlaskich słowach – krótki przegląd.

Wybór jest oczywiście subiektywny i niepełny, lecz żeby pociągnąć ten wdzięczny temat – muszę znaleźć jakiś super powód.  Do tworzenie nawet najkrótszych opowieści potrzebuję długodystansowych, dobrych emocji. Wiadomo – coś za coś.

Ale do sedna:

Podlasie… Od zawsze tu były mniejsze i większe „wędrówki ludów”. Każde „zawsze”  określało kolejne pokolenie na podstawie znaków i pozostałości po tych, którzy tu byli.  I nie były to tylko rzeczy, czy wspomnienia. Język nas łączy z tymi, których nie ma.  Żyjemy na terenie, na którym nie rosną jednorodne lasy i nie rosną tu też jednorodni  ludzie. Faktem jest, się porozumiewamy, ale nie mówimy tego samego i nie tak samo.

Gwara podlaska należy do dialektu mazowieckiego, lecz mówiło się i po rusku, i po  chachłacku, i kraszanką, „pa swajemu”, chętnie pisało cyrylicą (onegdaj – głagolicą),  albbo – wcale się nie pisało.

 

Ten język tworzy niezwykle piękne, różnorodne melodie. I używając wciąż żywej  materii rzeźbimy w niego proste komunikaty, oraz nieproste idee. Tak, jesteśmy w samym środku odrębności i w pewnej przynależności do geograficznej przestrzeni  określonych brzmień. Nie jestem specjalistką od gwar, jestem specjalistką od magii i  melodii słów. Kilka kluczowych fraz objawiło mi się w podstawówce. Nie doceniłam ich  wtedy. Teraz zaś – doceniam bardzo!

 

 

Prawda jest taka, że nie jestem dobra  w lokalnej mowie, rozumiem – ale wolę się nie wypowiadać. Śpiewać mogę. I rymować na temapt, ale nie w języku  😉

 

REFREN: I apiać tu takie słowa, wpadną w melodię języka,
kiedy człowiek się zapomni, kiedy życia dotyka,
kiedy zasłyszane zdania, zapomniane dawno temu
nagle wybrzmiewają we mnie,
a ja nie wiem: czemu, czemu?
I chce mi się wtedy śmiać – i a piać – i a piać, i a piać (czyli: znowu)

PS. A po wczytanie się w swoją mowę zalecam sięganie po prozę Barbabry Goraluczk:

Szag za szagom naszli sobie swuoj nowy duom na druhomu kuńciowi świeta, W Kapsztadi. W Puolszczy ne było im aż tak bardzo kiepśko, Handzia była pielęgniarkoju,
a Antoni mechanikom samochodowym. Mieli dwóch małych synuow, a żyli w Biłostoci z bat’kami Atonioho. Za toje Afryka powitała ich tepłom, bo zajechali tam w styczniu,
znaczy w seredini lieta.

Mnóstwo tu pięknych opowieści, mnóstwo słów, które same w sobie są treścią. Warto jest zbierać. Namawiam. Zachęcam. Przydają się, naprawdę. Bo i  dziś, gdy będąc na pogaduszkach z sąsiadką, nalewamy sobie do eleganckich kieliszków  równie elegancki trunek – i tak nazywamy go berbeluchą. Na cześć czasów, w których  elegancja nie obowiązywała, a prostolinijność i dosadność określeń pozwalała  wyobrazić sobie efekty berbeluchowego przedawkowania.
Jeśli spróbujesz wysączyć jeden kieliszek berbeluchy, to potem możesz już tylko  orzeszki. Albo inne barachło

Słów podlaskich na pewno każdy znajdzie jeszcze sporo. Będą i takie, które przywołają dzieciństwo w odsłonie sielskiej, będą i takie, przy których wciąż czuje się nieprzyjemny dreszcz. Jak to ze słowami bywa…

 

Te ballady powstały jako tekst do wystawy, która miała miejsce w białostockiej galerii Arsenał. „Wystawa Milk Me Sugar dotyczy języka sztuki, języka jako narzędzia opisu rzeczywistości i artykulacji postawy podmiotowej, dekonstrukcji języka jako systemu opresji, oraz rewolucji godności, która współcześnie egzekwowana jest między innymi poprzez dbałość o poprawność artykulacji spraw.”

 

Mam też niejasne wrażenie, że stare dobre, podlaskie słowa mogą już przyjąć nowe. Lokalnie zakorzenione, ale dotyczące aktualnego świata. Nie wiem co na to puryści językowi…?

Wprawdzie język łączy nas  z tymi, których nie ma, ale to też moment, by nasza podlaska mowa budowała nowe połączenia. Bez celebrowania przeszłości, choć z lekkim ukłonem w tamtą stronę.

Przy okazji – fantastyczny, podkarpacki jeżyk wykreował w swojej książce „ballada o wężowym sercu” Radek Rak. Przeczytałam ją z rok po napisaniu tych podlaskich impresji, ale… Bardzo ta książki mi współgra. Polecam!

Bułgaria – rytmy ciała i głosu (Dynow i inni).

Mam do dyspozycji  powietrze i struny głosowe i dlatego gadam, ile wlezie.  Mam do dyspozycji ciało, ten instrument odlotowy. My ludzie, możemy traktować ciało jako instrument nie tylko muzyczny. Ciało – możemy traktować jako scenografię do treści (jak w rozmowie, tzw. mowa ciała etc), ciało  w gestach wiele mówiących, ciało w ruchu, który ma znaczenie symboliczne, jest rodzajem komunikatu, albo po prostu ciało narzędzie do wprowadzania spokoju i harmonii w środku i na zewnątrz (jeśli założymy, że na zewnątrz nie jest wynikiem tego co w środku… ale to inna bajka)

Ciało, ciało, ciało…     zawiodło nie do Bułgarii, żeby tańczyć paneurytmię, w zasadzie zestaw ćwiczeń do muzyki na żywo opracowany po 1900 roku przez filozofa, myśliciela i muzyka – Petyra Dynowa.

Tańczyłam a jakże, zbyt krótko, żeby poczuć totalne zharmonizowanie, ale wystarczająco, żeby czuć się dobrze, lekko i swobodnie w tym ruchu.

Natomiast to na co chcę zwrócić uwagę to fakt, że w XIX filozofowie  – teozofowie postawili na ruch. Przypominam,że w starożytności nauczanie filozofii tez odbywało się w uchu. No, naprawdę, nie  jest to przypadek, nie jest to filozoficzna fantazja.  Taniec, ćwiczenie to filozoficzna konieczność.

Przypomnienie dla ciekawskich: od 1911 roku można tańczyć [niem. Eurythmie z gr. piękny ruch] – antropozoficzną sztuka ruchu, której zasady ( tu  techniki wykonawczej, jak i struktury dzieła scenicznego)  nakreślił  twórca antropozofii Rudolf Steiner (1861 – 1925).

Jurij Iwanowicz Gurdżijew,  spędził większość swoich młodych lat, wędrując po Wschodzie w poszukiwaniu mądrości starożytnych religii. Należał do grupy ludzi nazywających się „Wspólnotą Poszukiwaczy Prawdy”; uważali oni, że kiedyś istniała jedna religia, a później podzieliła się i można ją znaleźć w różnych krajach Wschodu. W kresie międzywojennym opracował system dość skomplikowanych tańców, które uważał, za zasadniczą częścią nauki. Wedlu niego człowiekdziała poprzez trzy ośrodki: intelektualny, który myśli i planuje; emocjonalny, odczuwający ból i przyjemność oraz fizyczno-instynktowny, będący twórczym ruchem. W każdym człowieku dominuje jeden z tych ośrodków. Tańce miały na celu odkrycie tych ośrodków i wyrażenie całej filozofii Gurdżijewa poprzez ruch.

No i najprostsza, łącząca a z cyklem natury, przypominające ludowe słowiańskie tańce w kręgu – Panewrymia Dynowa. Zawsze tańczona do muzyki granej na żywo, będąca trochę pilatesem, trochę naszym polonezem i zdecydowanie – niepotrzebująca gimnastycznych talentów. O słońcu, jako głównym źródle energii i inspiracji, śpiewa się prawie w każdym utworze towarzyszącym ćwiczeniom. Petyr Dynow podkreślał, że paneurytmia przynosi korzyść zdrowiu tylko
wtedy, gdy tańczy się płynnie, zgodnie z wewnętrznym rytmem, zachowując właściwą kolejność figur.

Starałam się, naprawdę.

Mam do dyspozycji  powietrze i struny głosowe i Mam do dyspozycji ciało, ten instrument odlotowy.

A ty masz do dyspozycji to samo. Tylko trochę inaczej…

Maki. Historia prawdziwa. #120

Maki

W tym roku maki kwitną jak szalone. To ich pogoda. To ich czas. W ogrodzie, kępa maków ma 163 cm. wzrostu, jest bujna jak nigdy i przyciąga oko jak nic innego. Choć wybór jest niczego sobie. Te maki są dzikie i co roku w tej kępie jakoś dotąd kwitły. Teraz kwitną nie jakoś – kwitną spektakularnie

I – to jest w zasadzie dosyć straszne – gdy je widzę, to w głowie odpala mi się pieśń patriotyczna – czerwone maki.

Każdy zna, prawda? I gdy tak sobie przewijam ten test, po raz enty, na widok maków w ogrodzie, to nagle do mnie dociera:

Czerwone maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły polską krew

Zaraz, zaraz!

Kwiaty, zamiast rosy piły krew, akurat polską, no horror.

Wyobraź sobie krótki film animowany: kwiaty, czerwone, piją krew, zamiast rosy, oto ktoś wchodzi na pole czerwonych maków, a one szumią przy stopach, tak szumią szumią… I takie saą sprawgnioneee…

Mam dwa przemyślenia.: 1. uważaj na patriotyczne pieśni i usłysz, co nucisz, usłysz na 100 % 2. nie każdy to kwiat, co się kwieci.