Blog

Skąd się bierze zapotrzebowanie na potwory i ich narzeczone, hm?

W niedzielę 8 marca można wymyśleć 100 powodów do świętowania, albo skupić się na jednym i w ramach jednego zajrzeć do kin.
Albo zaplanować wieczór z serialem.
Jeśli kino – można przy okazji wskoczyć w ciekawy outfit, w domu jest to mniej konieczne, choć też może być urozmaiceniem.
Jeśli outfit, to proszę spojrzeć na horror „Panna Młoda”.

Panny młode Frankensteina

„Panna młoda!” w reżyserii Maggie Gyllenhaal to bardziej kino artystyczne niż produkcja dla masowego widza – romans posklejony z kina gangsterskiego, gotyku i punkowego snu o wolności. Pojawia się duch Mary Shelley, melancholijny potwór Frankensteina w Chicago lat 30. i tytułowa narzeczona, zszyta z cudzych oczekiwań, która bardzo szybko zaczyna szyć własny scenariusz. To film o tym, że samotność można „ulepić” w ciało, ale nie da się go zmusić, żeby kochało kogoś na zamówienie.

Narzeczona Frankensteina ma długą tradycję – od czarno‑białego „Bride of Frankenstein” Jamesa Whale’a, przez popkulturowe cytaty, aż po Del Toro, który w swoim „Frankensteinie” wraca do figur odrzuconych, zbyt wrażliwych, zbyt dziwnych. Zawsze mnie przerażał. Ale najnowsze jego dzieło obejrzałma z przyjemnością. Zaś „Bride of Frankenstein” – można sobie dawkowac do kawki. To jednak jest ekspresjonizm rodem z innego estetycznego czasu. I dramatyzm w stylu patetycznym użyto zgodnie z fantazją tamtej epoki. Ufff. Miało straszyć. Teraz – męczy. Ale i potrafi zachwycić 😉

Tymczasem U Del Toro potwór zawsze jest bardziej ludzki niż ludzie, a „narzeczona” – czy realna, czy tylko wyobrażona – jest fantazją o tym, że gdzieś istnieje ktoś, kto przyjmie nas z całym defektem. Ta fantazja bywa piękna, lecz bywa też straszna, gdy ktoś próbuje ją dosłownie zrealizować w laboratorium.

A potem mamy „Gnijącą pannę młodą” Burtona, animację, w której trupia panna w rozkładającej się sukni jest łagodniejsza, czulsza niż żywi bohaterowie. Tam ślub jest obietnicą, która nie zdążyła się wydarzyć za życia, więc wraca z zaświatów, w wersji trochę makabrycznej, a trochę bajkowej. Zamiast realistycznego horroru – baśń o dziewczynie, która została skrzywdzona, ale wciąż domaga się swojej historii.

Stroje, które mówią głośniej niż dialog

W każdym z tych filmów ubranie jest nie tylko kostiumem, ale osobnym bohaterem. U Gyllenhaal suknia ślubna nie jest spełnieniem marzenia z katalogu, lecz manifestem: biel jest poprzecierana, posklejana z różnych epok, jak ciało Frankensteina. Lata 30. przefiltrowane przez brudne, neonowe lata 80., plus punkowe dodatki – jakby ta panna młoda uciekła z planu musicalu, przeszła przez squat i skończyła w laboratorium, gdzie próbuje się ją „naprawić” pod cudze wyobrażenie. To ślubność w wersji zmutowanej.

Ja też się zmutowałam, specjalnie do tego tekstu. I to mnie naprawdę przeraziło. No serio.

Przeraża, prawda?

Leave a comment

Wróćmy do sedna: u Del Toro wizualność zwykle idzie w stronę barokowego nadmiaru: ornament, faktura skóry, tkaniny, które podkreślają „inność”. Jego Frankenstein, tak jak go sobie wyobrażamy, to ktoś, kogo ciało jest manifestem brzydoty, ale ubranie często próbuje tę brzydotę „ucywilizować” – marynarka, koszula, kamizelka jak z klasycznego melodramatu. Ten kontrast jest kluczowy: cywilizacja zakłada garnitur potworowi i udaje, że wszystko jest w normie.

W „Gnijącej pannie młodej” suknia to osobny poemat: koronki, welon, rękawiczki – wszystko nadgryzione śmiercią, ale nadal piękne. Burton robi z brzydoty ornament: pęknięta kość zastępuje broszkę, oderwana ręka staje się elementem choreografii. Ubranie nie próbuje tu niczego maskować, przeciwnie – celebruje rozkład jako estetykę. To estetyka, którą kultura ślubna najchętniej by wymazała, bo ślub ma być perfekcyjny, gładki, instagramowy.

Zapotrzebowanie na potwory i ich narzeczone

Dlaczego wciąż wracamy do Frankensteina i jego panny młodej?

Bo…

współczesność kocha potwory – pod warunkiem, że są dobrze oświetlone i mają ciekawą stylizację. 

Potrzebujemy figur, które pokazują to, co wyparte: samotność, odrzucenie, dziwactwo, starzenie się, chorobę, nieprzystawanie do ideału. Potwór z śladami szwów na twarzy mówi dziś o presji filtrów, o ciałach, które „poprawiamy”, bo są niewystarczająco doskonałe. Narzeczona Frankensteina to z kolei patronka wszystkich, których próbuje się „uszyć” pod cudze marzenie – partnerki, influencerki, pracowniczki idealne.

Brzydota i dziwactwo wychodzą z kina i seriali prosto na ulicę, do mody, do internetu. Nosimy już nie tylko ubrania, ale także opowieści: o swojej neuroatypowości, o zmęczeniu, o nieidealnym ciele, o tym, że nie pasujemy do normy, no róznie. To nie jest jeszcze powszechne, ale już nie tabu.

Panny młode Frankensteina – filmowe i metaforyczne – stają się więc ikonami: trochę memem, trochę pannami świętymi i buntowniczkami bez zachamowań.

Pod welonem – my

Kiedy dziś ktoś wybierze się do kina na „Pannę młodą!”, czy włączy „Frankensteina” Del Toro albo wróci do animowanej „Gnijącej panny młodej” – niech wie, że oglądamy nie tylko cudze historie.

Pod welonem zawsze czai się pytanie:

jak bardzo jestem zszyta/zszyty z oczekiwań innych? Ile w moim życiu jest kostiumu, a ile skóry? Czy moje dziwactwa są czymś, czego się wstydzę, czy może elementem do zbudowania własnego stylu?

Można więc w niedzielny wieczór zrobić to, co robią bohaterowie tych filmów: ubrać się trochę „za bardzo”, założyć coś, co nie pasuje, i zamiast ukrywać swoje potworności – pozwolić im zatańczyć. Na ekranie albo przynajmniej przed lustrem. Bo może najodważniejszy ślub, na jaki się dziś zdobędziemy, to ten z własną brzydotą.

Życzę miłego sensu.

Miłka, ta od czułych narracji 🙂

Miłka Malzahn, pisze powieści, myśli powieści, oraz powiada powieści (ale to tylko na specjalne życzenie tylko). Jest filozofem, dziennikarzem, pisze książki, wykłada na uczelniach i robi czapki na szydełku, bo ma taką fantazję i lubi podążać za nitką.