Simona Kossak, pamięć domu i festiwal w sercu Puszczy Białowieskiej.
To dobry czas, by opowiedzieć o hałasie życia, który kryje się za martwymi przedmiotami.
W moim domu rodzinnym, tam, gdzie czas płynie w innej gęstości, na szafie wciąż stoi bukiet. Właściwie – wiecheć. Wyliniałe, postrzępione pawie pióra, trwające pod samym sufitem od lat… od wielu.


Mój dom teraz i w latach 70 tych.
Ale wróćmy do piór. Patrzę na ten przykurzony symbol minionej elegancji i myślę o Dziedzince.
Wciąż turyści w Puszczy Białowieskiej ciągną w stronę tego mitycznego miejsca. Stają przed bramą nieistniejącego już domu, w którym Simona Kossak żyła z Leszkiem Wilczkiem, i wzdychają do ciszy. Wyobrażają sobie pustelnię. Święty spokój. Romantyczną samotnię w śniegu.
Pojęcia nie mają, jak tam było naprawdę. Jak to pachniało (pardon, śmierdziało. Taka prawda) i – przede wszystkim – jak to brzmiało.
Dziedzinka nie była świątynią ciszy, tylko tętniącym, wrzeszczącym gospodarstwem. Po podwórku chadzał dzik, ryczał osioł, gdakały kury, pojawiało się stafo owiec, a nad tym wszystkim unosił się dźwięk, którego nie da się pomylić z niczym innym.
Pawie.
To paradoks, prawda? Simona uciekła z Krakowa – od konwenansów, od „Kossaków”, od dusznej atmosfery salonów. Uciekła w dzikość. A jednak zabrała Kraków ze sobą. Paw to przecież najczystszy krakowski element: symbol Rynku, Młodej Polski, rogatywek i cepeliowskiej elegancji.

Simona w środku puszczy, w gumofilcach i waciaku, karmiąca pawie – ptaki, które w latach 80. były towarem deficytowym, luksusem spod lady, czymś, co kupowało się w Cepelii za równowartość kilku dobrych obiadów. Czy to była nostalgia? A może przekora?
Pawie pióro jest przedmiotem pękniętym na pół. Z jednej strony – pycha, ta, którą Matejko malował na hełmach Krzyżaków pod Grunwaldem. Próżność, która każe się stroszyć i pokazywać. Z drugiej strony, w tych piórach, które u mnie w domu pokrywa cieniutka warstwa kurzu, jest coś jeszcze.
Oko.
W starej symbolice „oko” na pawim piórze to czuwająca świadomość, portal, wszechwiedza, talizman pochłaniający zło. Może więc Simona wcale nie hodowała tam pychy. Może potrzebowała tych „oczu”, żeby widzieć więcej, niż pozwala ludzki wzrok?
Dziedzinka nie była cicha. Pawie drą się wniebogłosy. Ich krzyk jest przeszywający, brzmi czasem jak płacz dziecka, czasem jak wołanie o pomoc. I myślę sobie teraz, patrząc na ten wiecheć na szafie, że to jest lekcja na dzisiaj.

Prawdziwe życie – i prawdziwa sztuka, i prawdziwa natura – nie są wygładzonym obrazkiem z Instagrama. To nie jest cicha tafla. To jest wrzask pawia w środku zimy. Piękno, które bywa uciążliwe. Kraków w sercu puszczy i puszcza w sercu Krakowa.
PS. jeszce długo po śmierci Simony i wyprowadzeniu się Lecha pawie wrzeszczały w środku puszczy. Te, które nie dały się złapać. Choć próbowano wielokrotnie. Nikt ich nie karmił. Miały tylko szopę do dyspocyji i intynkt przetrwania. Ale to niew ystarczyło. od lat jest tam cicho.
Patrzę na „oko” na piórze. Mimo lat, mimo kurzu, wciąż jest granatowe, wciąż hipnotyzuje. I mam wrażenie, że czuwa.
Dlatego ten odcinek, o pawich piórach mojej mamy, o Simonie i o hałasie, który mają w sobie martwe przedmioty, pojawia się właśnie teraz – w przededniu Festiwalu Urodziny Simony w Białowieży.
30 maja 2026 roku będę w Białowieży opowiadać o niej i o kobietach z białowieskiego „kiedyś” podczas spotkania „Między prawdą a mitem”, a dzień później poprowadzę w Białowieskim Ośrodku Kultury rozmowy w bloku „Moje miejsce na ziemi”.
Zapraszam do słuchania i – jeśli możecie – do zobaczenia w puszczy.
link do wydarzenia – https://fb.me/e/3Rjnago2q
Serdeczności!
Miłka





