Obcy na Podlasiu. Czy przestrzeń, w której żyjesz, od zawsze należała tylko do Ciebie?
Czy przestrzeń, w której żyjesz, od zawsze należała tylko do Ciebie? Tuż pod powierzchnią codzienności pulsuje pamięć o tych, których dawniej uważało się za „Obcych”. Na Podlasiu – to nieoczywisty splot kultur, w którym język, pamięć fabrykanckich rodzin, dobrobyt i utrata – stworzyły unikalny mikrokosmos. Tak inny od naszych dzisiejszych wyobrażeń!
Ten splot wciąż tu jest.
Jako echo, jako historia, jako opowieść – dotyka głęboko. Odkrywanie zaginionych śladów cudzych życiowych ścieżek nie musi nieść niepokoju; przeciwnie, może stać się pretekstem do wytchnienia i spokojnego namysłu nad tym, jak wielowymiarowy jest czas, który kształtuje naszą tożsamość.
Pełna, kameralna opowieść czeka tutaj:
Gdy blakną ślady miasta, którego i tak nie ma.
Mówi się: wielokulturowe Podlasie. Hasło ładne, miękkie, dobrze układa się w ustach przewodników turystycznych i strategów od “marki regionu”. Tyle, że gdy zapytamy: kogo właściwie mamy na myśli? – w odpowiedzi najczęściej pojawiają się ci sami bohaterowie. Polacy, Białorusini, czasem Tatarzy, od niedawna też uchodźcy z Ukrainy. Niemców prawie nikt nie wymienia. Jakby nigdy ich tu nie było.
A przecież byli.
I to wcale nie jako anonimowa, abstrakcyjna “mniejszość”, ale jako sąsiedzi z konkretnej ulicy, ludzie z drewnianego domu na rogu, właściciele fabryki, nauczyciel, krawcowa, organista. Wystarczy na chwilę zatrzymać się w Białymstoku i spróbować posłuchać uważniej – miasto, którego podobno nie ma, zaczyna mówić półgłosem.
Helena jako przewodniczka po nieistniejącym mieście
W tym odcinku Helena Bohle‑Szacka staje się moją przewodniczką po Białymstoku sprzed stu lat. Nie chodzi tylko o to, kim była – projektantka mody, graficzka, więźniarka obozów, później berlińska artystka. Interesuje mnie raczej to, w jakim spleceniu światów przyszło jej dorastać i co ten splot mówi nam o Podlasiu.
Jej ojciec – niemiecki białostoczanin, już dobrze “oswojony” z miastem, ale jednak niosący w nazwisku i języku dłuższą historię migracji. Jej matka – z żydowskiej, łódzkiej rodziny fabrykantów, która w naturalnym ruchu tamtych czasów emigruje do Rosji, wraca, znów wyjeżdża, aż w końcu zakotwicza na chwilę w Białymstoku. Dwóch mężczyzn, dwa małżeństwa, dwie córeczki, jedno miasto – i życie między językami, obrządkami, rytmami.
Helena wspominała, że jej w Wielkanoc ojciec chował jajka w ogrodzie, a one z siostrą ich szukały – protestancki, trochę “zachodni” odruch. Na żydowskie święta rozlegało się w domu wołanie: “Maryla, szykuj chałkę”. Bez katechizmów, bez teologicznych sporów. Po prostu kuchenne gesty, które spajały różne tradycje w jednym mieszkaniu.Text within this block will maintain its original spacing when published
Jeżeli w ogóle istnieje coś takiego jak wielokulturowość “organiczna”, niewpisana w foldery reklamowe, to jest właśnie to: zamówiona w pośpiechu chałka, jajka w trawie, trochę niemiecki, trochę polski, trochę jidysz, dużo muzyki.
I Białystok, który nie dzieli tak bardzo, no chociaż…
Tam, gdzie ludzie żyją blisko, zbyt blisko, rodzą się napięcia, podejrzenia, małe i wielkie akty wykluczenia. „Obcy” jest zawsze na wyciągnięcie ręki – czasem za ścianą, czasem po drugiej stronie stołu, czasem po prostu w innym rzędzie ławek w kościele albo synagodze.
Żydowska biedota Białegostoku doświadczała tego najdotkliwiej. W fabrykach włókienniczych ktoś przydzielał jednemu robotnikowi nową maszynę, a drugiemu – nic. Żydowscy robotnicy częściej trafiali do tej „niczyjej” strefy: z dala od nowoczesnych krosien, z dala od szansy na awans, w cieniu wiecznego podejrzenia, że są „konkurencją”, którą trzeba trzymać z boku. Gdy dorzucimy do tego religijną nieufność mieszczan i chłopów, otrzymujemy codzienną, drobną przemoc: śmiech, odmowę, pogardliwe słowo na ulicy.
Na początku XX wieku te drobne ranki zamieniły się w otwarte rany. Białostocki pogrom 1906 roku nie spadł z nieba jak burza – to raczej burza długo zbieranych resentymentów. Żydowska społeczność, w tym mieście obecna od pokoleń, nagle musiała myśleć w kategoriach samoobrony, organizować zbrojne grupy, jakby żyła na wrogim terytorium. Paradoks: jesteś u siebie, ale świat dookoła zmusza cię, żebyś traktował swój dom jak oblężoną twierdzę.
Po wojnach i zmianach granic to poczucie „obcości” nie zniknęło – tylko przebrało się w kostium polityki. Gdy w 1919 roku białostoccy Żydzi bojkotują wybory samorządowe, to nie jest już tylko spór o miejsca pracy czy obelgi na ulicy. To manifest: jeśli urządzić miasto tak, jakbyśmy się w nim nie liczyli, to my odpowiemy nieobecnością. W tle trwają spory o granice państw, konflikty polsko‑litewskie, przemarsze armii; na mapie jest to „pogranicze”, ale w życiu codziennym – przede wszystkim teren wiecznych negocjacji: kto tu ma prawo być „u siebie”.
A przecież Podlasie zna też konflikty bardziej intymne, zahaczające nie tyle o narodowość, ile o klasę i wyobrażenie „komu co wypada”. W Wojnach‑Szubach, gdy w latach 70. pożar pochłonął 130 budynków, ogień na moment zrównał wszystkich. Spaliły się różnice majątkowe, uprzywilejowane progi i zagracone biedą sienie. Ale gdy przyszła odbudowa – stare podziały wstały jak feniks z popiołów. To, z czego zbudowany był nowy dom, znów zaczęło mówić: tu włościanin, tu szlachta. Wspólny kataklizm nie zlikwidował podziałów, tylko przesunął je parę centymetrów dalej, do grubości ściany, do kształtu dachu.
Na tym tle historia wiejskiej nauczycielki brzmi jak cichy, ale bardzo wyraźny akord. Kobieta z wykształceniem, z „miasta”, wychodzi za rolnika i zamiast przyjąć przypisaną jej rolę „pani od dzieci w eleganckim płaszczu”, wypasa cielaki, pracuje w polu. W tym geście jest wolność – ale społeczność czyta go jako prowokację. Nagle to nie tylko „niewłaściwe małżeństwo”, to zamach na spokojny obraz świata, w którym każdy zna swoje miejsce. Za tę małą rewolucję płaci ostracyzmem. Na Podlasiu obcym można stać się nie tylko z powodu innego języka, lecz także przez to, że wymkniesz się z roli napisanej przez wieś.
I jest wreszcie postać obcego „z katalogu”, klasycznego cudzoziemca: francuski cukiernik Józef d’Ornani. Przybywa do Białegostoku, zakłada rodzinę, oswaja miasto, a miasto oswaja jego. A potem – w 1824 roku – próbuje przewrócić stolik. Organizuje akcję przeciwko władzom, wysyła petycję o usunięcie głowy miasta, podpierając ją sfałszowanymi podpisami mieszkańców. Obraca się przeciwko niemu język oficjalnej moralności: „burzyciel powszechnej spokojności, twórca niezgody”. Obcy, który poszedł za daleko, dotknął delikatnej tkanki lokalnych układów.
Kiedy patrzę na te wszystkie historie – pogrom, bojkot, klasowe bójki, nauczycielkę w polu, cukiernika‑spiskowca – widzę, że na Podlasiu „obcy” nie jest jedną figurą. To czasem Żyd, czasem Niemiec, czasem Francuz, czasem szlachcic wśród chłopów, a czasem „za bardzo wykształcona” kobieta wśród swoich. Granice przebiegają przez języki, wyznania, portfele i wyobraźnię. I właśnie dlatego tak łatwo dziś powiedzieć, że tych obcych już nie ma – i tak trudno przyznać, że ślady po nich wciąż chodzą z nami po ulicach.
Obcy, którzy zdążyli się zadomowić.
Dzisiaj, gdy mówimy “obcy na Podlasiu”, myślimy zazwyczaj o kimś przywiezionym, dopisanym do tutejszej historii: o migrantach, uchodźcach, ludziach “spoza”. Tymczasem niemieccy białostoczanie Heleny byli obcymi, którzy zdążyli się zadomowić tak bardzo, że po ich zniknięciu nie zostało dobre słowo. Nie mówimy o nich z wrogością, w ogóle o nich nie mówimy.
Ech…
Przyglądając się rodzinnym tropom Bohle, wpadamy w ciekawą sieć powiązań: zniemczeni flamandczycy, fabryka Antoniuk, drewniany dom przy Bukowej 4, spolszczone imiona, zmiana wyznania z katolicyzmu na ewangelicyzm. To nie jest egzotyczna opowieść “gdzieś tam w Europie”, ale nasz własny, lokalny mikrokosmos.
I właśnie dlatego Helena wydaje mi się tak ważną figurą. W jej życiorysie spotykają się trzy duże narracje, które często opowiadamy osobno: żydowskie miasto Łódź, niemieckie Podlasie i powojenny Berlin.
Dla niej były to po prostu trzy kolejne scenografie jednego życia.
Spacer jako metoda

Nagrywając ten podcast, pospacerowałam. Nie chciałam historycznego wykładu, tylko doświadczenia, w którym ciało idzie przez współczesne miasto, a wyobraźnia – przez to nieistniejące.
Trafiłam na Bukową 4. Taki zwyczajny, drewniany dom…
Spacery mają tę przewagę nad archiwami, że zmuszają do konfrontacji z tym, czego już nie ma. Można czytać dokument o Auguście, można podziwiać zdjęcia młodej Heleny w Berlinie, ale dopiero stojąc na rogu ulicy – tej samej, ale jednak innej – czuje się fizycznie to pęknięcie: ciągłość adresu bez ciągłości pamięci.
Pamięć, która wyblakła, ale nie zniknęła.
W pewnym momencie pracy nad tym odcinkiem dotarło do mnie, że nie interesuje mnie “ratowanie” przeszłości, bo ta metafora bywa złudna. Bardziej ciekawi mnie to, co już wyblakło. Nie obrazy z podręczników, nie wielkie daty – tylko te mikrogesty, jak ukryte jajka w ogrodzie, listy wymieniane po wojnie z dawną przyjaciółką, archiwum po zmarłej projektantce, przechowywane w mieszkaniu w Berlinie.
Niemieckie ślady na Podlasiu wcale nie zniknęły. One są – w nazwiskach, które brzmią “lekko inaczej”, w rodzinnych opowieściach o dziadku, który przyjechał “z tamtej strony”, w fabrycznych murach, które stoją trochę za długo jak na “przypadkowe” budownictwo. Tyle że nie przyklejamy do nich etykiety “niemieckie”. Nie nazywamy ich.
Podcast z Heleną Bohle‑Szacką jest dla mnie próbą nazwania na nowo. Nie po to, żeby budować kolejną zamkniętą kategorię, ale żeby zobaczyć, jak bardzo historia “obcych” jest spleciona z historią “naszych”. Jak często w jednym domu, w jednym mieście, w jednym życiorysie siedzą obok siebie biografie, które w podręcznikach występują na oddzielnych stronach.
Uniwersalność lokalnej historii

“Obcy na Podlasiu” to tytuł lokalny, brzmiący jak coś bardzo “stąd”. A jednak im dłużej zajmuję się tym cyklem, tym bardziej widzę, że taką podlaską opowieść można by opowiedzieć właściwie wszędzie: w małym miasteczku na Dolnym Śląsku, w ukraińskim mieście z niemieckimi kolonistami, w berlińskiej dzielnicy, gdzie nagle urywają się rodzinne drzewa.
Helena Bohle‑Szacka jest tylko pierwszą z wielu. Za nią czekają inni obcy, którzy byli u siebie: fabrykanci, nauczyciele, tkaczki, rzemieślnicy, artyści, ludzie odchodzący z miasta w ciszy, bez fanfar. Będę wracać do ich biografii i miejsc, w których mieszkali, pracowali, śmiali się, bali.
Jeśli chcesz, możesz posłuchać tego odcinka jako zaproszenia. Nie tylko do Białegostoku, nie tylko na Podlasie, ale do własnego miasta. Wyjść z domu, stanąć przed jakimś dziwnym, “niepasującym” domem, zadać sobie ciche pytanie:Text within this block will maintain its original spacing when published
kto tu był przede mną, kogo już nie pamiętamy, a kto wciąż jest obecny w murach, w nazwisku, w sposobie, w jaki pada światło na chodniki?
Być może wtedy okaże się, że “obcy” wcale nie są tak daleko, jak myśleliśmy.
Że od dawna mieszkają w naszej codzienności – tylko ich ślady trochę wyblakły.
Serdeczności!
Miłka


