Kobiety z kiedyś. O czułości, która zostaje w cudzych albumach.
To dotyczy każdego z nas. Lubimy oglądać rodzinne zdjęcia. Ale sprawa jest dużo ciekawsza, bo tak gremialnie – my, ludzie, przynajmniej tu w Europie – uwielbiamy stare zdjęcia w ogóle. Oglądamy rodzinne albumy chętnie, bardzo chętnie. Mało tego – z jakąś niewytłumaczalną fascynacją oglądamy cudze albumy.
Zajrzyjmy więc dziś do albumu, który stał się wystawą. Miejscem akcji jest Warszawa, ulica Tarczyńska 3, Galeria Obserwacja. To tam zawisły fotografie rodzinne, ale zanim opowiem tę historię – mały kontekst.
Znam Wandę Michalak od wielu lat. Pojawiłam się kiedyś w Amsterdamie, w jej WM Gallery, z powodu tekstu, który napisałam o jej fotografiach. To pociągnęło za sobą jeszcze inne historie… może kiedyś o tym opowiem. Ale teraz jest pora na oglądanie starych fotografii.
Album Mamy
Kuratorem tej wystawy jest Sebastian Rypson, syn Wandy. Producentem – Paul Schäublin, jej mąż. To było uroczyste, ale bardzo kameralne otwarcie. Co ważne – ta wystawa jest istotna nie tylko dla rodziny Sebastiana.
No właśnie – rodzina. Nasza, ale i nie nasza. Albumy opowiadają o świecie, gdzie mają znaczenie relacje i DNA, ale też o sytuacji politycznej, którą widać w tle portretowanych ludzi. Opowiadają o Europie.
To ciekawa perspektywa, bo Wanda od lat żyje w Amsterdamie, a Sebastian wychował się za granicą (proszę wziąć poprawkę na jego polszczyznę w nagraniu, choć ta drobna „obcość” dodaje tylko uroku). Ale to, jak ważny jest dla niego życiorys jego babci i prababci, to, co zostało pokazane na fotografiach i co zmieściło się w naszych rozmowach o przeszłości – to jest uniwersalne.
Czuję, że ta wystawa dotycząca Mamy Wandy idealnie wpisuje się w mój cykl: Kobiety z kiedyś.
Wypytałam Sebastiana o historię, która stoi za kartami jego rodzinnego albumu. O odchodzenie bliskich. O znikanie tamtego świata, które jest częściowym znikaniem nas samych.
Uwaga – od razu dopowiem: coś znika, ale coś się pojawia. Przyszłość staje się teraźniejszością, nas wypełnia i dopełnia. Przynajmniej ja to tak czuję, widzę i rozumiem.
Dlaczego to nas boli? (Lekcja z Barthesa)
Badacz Roland Barthes w swoim kanonicznym dziele Światło obrazu (La Chambre claire, 1980), napisanym w żałobie po śmierci matki, wprowadził kluczowe rozróżnienie. Pozwala ono zrozumieć ten fenomen – dlaczego wzruszamy się losem obcych ludzi.



Barthes dzieli odbiór zdjęcia na dwa poziomy:
- Studium (Wiedza): To kulturowe, edukacyjne zainteresowanie zdjęciem. Kiedy piszecie na Facebooku: „Patrzcie, jaki piękny przedwojenny samochód” albo „To ulica Marszałkowska w 1935 roku”, operujecie w sferze Studium. To podziwianie tamtego świata. Jest kodowalne, można je opisać i zrozumieć intelektualnie.
- Punctum (Rana): I tu zaczyna się magia. To jest to „ukłucie”, owa „czułość”, która przychodzi nagle i bez ostrzeżenia. Punctum to detal, który „ściska za serce”. Może to być brudny palec dziecka, dziwnie zawiązany krawat, smutek w oczach panny młodej, starta podeszwa buta.
Punctum jest wysoce subiektywne i często irracjonalne. Dla Barthesa było ściśle związane z czasem i śmiercią.
Więc my, oglądając anonimowe zdjęcia na wystawach czy w sieci, szukamy nieświadomie tego Punctum. To ono sprawia, że cudze życie staje się nagle intymne. Detal – np. zniszczona zabawka w ręku dziecka – przebija barierę czasu i anonimowości, wywołując natychmiastową empatię. Zdjęcie przestaje być dokumentem historycznym. Staje się jakąś egzystencjalną prawdą. Naszą prawdą.
Lustra i memento mori
Susan Sontag w esejach O fotografii stawia radykalną tezę: „Wszystkie fotografie to memento mori. Robić zdjęcie to uczestniczyć w śmiertelności, zmienności innej osoby”.
Każde stare zdjęcie jest dowodem nieobecności. Jest „cienkim plastrem czasu”, który został zamrożony, podczas gdy świat wokół płynął dalej ku rozpadowi. Oglądanie starych albumów to obcowanie z duchami.
Tu wkracza kognitywistyka i koncepcja Teorii Umysłu (Theory of Mind). Patrząc na twarz na zdjęciu, nasz mózg automatycznie uruchamia neurony lustrzane. Próbujemy „odczytać” emocje tej osoby. W przypadku braku kontekstu (nie znamy tych ludzi), nasz mózg dokonuje projekcji. Wypełniamy puste miejsca własnymi emocjami, lękami i nadziejami. Anonimowa postać staje się naczyniem na nasze własne uczucia.
Cudzy świat staje się lustrem dla naszego świata wewnętrznego.
Dlatego wernisaż wystawy „Album Mamy” przyciągnął tylu ludzi. I dlatego zapraszam Was do posłuchania tej rozmowy. Oklaski dla sztuki fotografowania, dla odwagi opowiadania o tym i dla tamtego świata.
Zapraszam nieustannie do świata cyklu „Kobiety z kiedyś”. Można zajrzeć w playlistę na YouTube (link poniżej). To są piękne wycieczki, jak zaglądanie do starych albumów.
Proszę przysiąść i się porozkoszować.
Miłka Malzahn

A autorkę tych światów zatrzymanych w dźwięku można wesprzeć czarną kawą.
https://buycoffee.to/dziennik.zmian
Dziękuję.
Miłka


