Gęstość niedzieli. Notatki spod ortezy.
Kto sobie kiedykolwiek coś złamał – ten wie, że….
Dalibóg – co za słowo z innej epoki.
Siedzę w samym środku czegoś, co przypomina wieczny, rozciągnięty podwieczorek, z tą różnicą, że zamiast herbatnika mam na ręce plastikowy pancerz, a zamiast spokoju – pulsujący rytm gojenia. Stało się. Grafik, który jeszcze tydzień temu przypominał gęsto zapisaną tablicę w dyspozytorni PKP, wyczyścił się w jedno popołudnie. I to była niedziela.
Od tamtej pory każda kolejna doba uparcie twierdzi, że też jest niedzielą.
Jest w tym coś retro. Być nieświadomą tego, jaki mamy dzień, czy należy już biec do „wtorkowych deadline’ów”, czy może jeszcze celebrować „środowy kryzys”. Moja tyranię kalendarza zastąpiła tyrania grawitacji i rzepów. Okazuje się, że świat bez poniedziałków wcale nie jest lżejszy. Przeciwnie – stał się gęsty.
Gęsty bólem, który nie odpuszcza, i ciszą, która nagle stała się bardzo głośna.
Emil Cioran pisał, że najlepszym sposobem na zmarnowanie życia jest liczenie godzin. Cóż, Emilu, spróbuj zapinać koszulę jedną ręką. Wtedy każda sekunda staje się osobnym kontynentem, który trzeba zdobyć. Liczę godziny, owszem. Ale nie po to, by je marnować, tylko dlatego, że one same dopominają się uwagi. Ciało, dotąd posłuszne i przezroczyste, nagle stało się głównym bohaterem dramatu. Każdy nieuważny ruch zapisuje się ostrzem pod skórą.


Milan Kundera w „Powolności” rzucił myśl, że szybkość jest proporcjonalna do intensywności zapominania. Idąc tym tropem: im wolniej się teraz poruszam, tym mniej da się zapomnieć. To nie jest ta łagodna niedziela z pocztówki, na której pije się kawę w ogrodzie. To niedziela egzystencjalna, która nie pozwala niczego zbyć wzruszeniem ramion (głównie dlatego, że wzruszanie ramionami teraz cholernie boli).
Mój czas przestał być „pusty i jednorodny”, jak chciałby Walter Benjamin. Nie toczy się już jak taśma produkcyjna. Jest gęsty jak nocny sen, z którego nie da się łatwo obudzić. Zamiast „projektów” i „targetów” mam teraz mikroskopijne zwycięstwa:
- Kubek, który utrzymałam w lewej ręce (sukces!).
- Zdanie, które udało mi się ułożyć w głowie, zanim ból rozmył szyk przestawny.
- Odkrycie, że luksus „nienaruszonych odnóży” jest wart więcej niż nowe studio nagraniowe.
Proust twierdził, że prawdziwe raje to raje utracone. Moim utraconym rajem jest… zwyczajny wtorek. Tęsknię za jego śmieszną tyranią, za narzekaniem na korki i za piątkową ulgą. Teraz, gdy wszystkie dni skleiły się w jeden, widzę wyraźniej, że to właśnie różnice nadawały sens.
Zostałam ze sobą sam na sam, w tym „niedzielnym” lustrze bez filtra. Pokazuje ono zmęczenie, lęk, ale i śmiech, który wybucha w najmniej odpowiednim momencie – na przykład wtedy, gdy uświadamiam sobie, że piszę ten tekst, dyktując go „dodatkowym rękom”, bo moje własne postanowiły pójść na przedwczesną, sztywną emeryturę.
Zanim wróci poniedziałek…
Zostaję w tej gęstości jeszcze na chwilę. Jeśli czytasz to w biegu, między jednym a drugim „muszę”, zatrzymaj się na sekundę. Co by się z Tobą stało, gdyby ktoś nagle wyłączył Ci kalendarz i zostawił tylko ten jeden, powtarzający się dzień? Czy Twoje życie stałoby się puste, czy przeciwnie – tak gęste, że wreszcie nie dałoby się przed nim uciec?
Pamiętajcie o swoich rękach. Są cudowne.




