z cyklu: blisko mam do kina – Intestellar
Nie jest to jednak kino naiwne, ani niosące po prostu kaganek pocieszenia. To kino wskazujące na horyzont, o którym przyzwyczajono nas myśleć – że jest poza zasięgiem. Tymczasem tu wszystko jest w zasięgu istoty ludzkiej. Do tego potrzeba jednak brawury (fotogenicznej koniecznie), mega-wiedzy i kilku kosmicznych mega-gadżetów. No i… miłości.
Tak mniej więcej twórcy „Interstellar” starali się pogodzić pierwiastki naukowe z pierwiastkami ludzkimi, czucie, szkiełko i oko.
Film jest długi, ale się nie dłuży, w dodatku wysyła widzów hen w kosmos (i tu – w nasza przyszłość), bywa momentami patetyczny, lecz ani kwestie naukowe, ani dialogi o wartościach moralnych i miłości nie brzmią tu fałszywie.
Jedynym nadmiarem brzmieniowym jest muzyka Zimmera, ale to właściwie jedyny akcent nie wtopiony idealnie w całość – reszta płynie.
Atrakcyjna jest w opowieści Nolana i intelektualna koncepcja, i podkreślenie tak wielu nie zawsze harmonijnych aspektów ludzkiej natury. Zarówno psychologicznie jak i intelektualnie to obraz do namysłu, do przeżucia, do domyślenia – i to lubię! Najbardziej.
Jak najbardziej polecam.


