Celebracja braku uczestnictwa
O luksusie „niezaliczania”, ożywczym chłodzie rzeki i odwadze stania obok głównego nurtu.
Zdarza się taki czas, który płynie obok jak stara, powolna rzeka.
PS.1. Przy okazji – uwielbiam gapić się na Niemen, polecam widok w Mereczu na Litwie.
Można rzucić się w nurt rzeki wydarzeń, poddać się rytuałom, społecznym scenariuszom i cichej, choć dotkliwej presji zbiorowego świętowania… czegokolwiek.
PS.2. Jeszcze załapałam się w swoim życiu na zmuszenie chodzenia na pochody pierwszomajowe. Nie zapomnę. To była pierwsza lekcja z uodporniania się od takiej presji. Lekcja dziecięca.
Ale można też – i to jest odkrycie tego momentu – po prostu zanurzyć w takiej rzece stopy, poczuć ożywczy chłód i pozwolić jej płynąć dalej. I sobie też na to pozwolić. Rzeka czasu, prawda?
Nic więcej, nic mniej.
Moje ostatnie tygodnie to osobisty manifest „niezaliczania”. Stanęłam w punkcie styku między fizycznym unieruchomieniem, a absolutną wolnością myśli.
PS.3. Z tą wolnością to przesadziłam, bo przez 3 tygodnie żyłam z silnym bólem, a to – realnie – ogranicza myślenie.
Ale kiedy ciało zmusza do zwolnienia, gdy jedynym priorytetem staje się osobista „moc kostna”, głowa paradoksalnie zyskuje pewną.. lekkość. Zaczyna odklejać się od chmur i szukać kropki nad „i”.
To jest zdrowe. Naprawdę.
Mówię tu o luksusie braku uczestnictwa. O hamletowskim dylemacie „być albo nie być” wewnątrz narzuconych schematów. Sytuacja cześto rozwiązuje się sama w momencie, gdy odłożymy czaszkę na półkę i przestaniemy na siłę redefiniować to, co już dawno zostało powiedziane. Sprawa jest binarna: albo tak, albo nie. Albo wchodzisz w matrycę oczekiwań, albo obświętowujesz ten brak po swojemu. We własnej przestrzeni.
Ujmijmy to w tę filozoficzną metaforę:
„Wszystkie nieszczęścia człowieka biorą się z tego, że nie potrafi on spokojnie siedzieć w swoim pokoju.” – Blaise Pascal
Nie potrzebuję baranków z cukru, ani choinek, ale tortu urodzinowego, ani gotowych odpowiedzi. Wypełniam swój czas zestawem pytań retorycznych i (ewentualnie) własnymi afirmacjami, frazami które karmią inaczej.
To opowieść o generowaniu indywidualnego święta – cichego, stacjonarnego, lecz będącego w nieustannym ruchu. Zupełnie jak spin, który trzyma nas w pionie, gdy świat dookoła wiruje zbyt szybko.
„Wszystko ma swoje skutki uboczne. Nawet nicnierobienie.” – Stanisław Jerzy Lec
Zapraszam do świata, w którym wszystko zaczyna się od kropki nad „i”.
Dlatego składam podcasty nieoczywite w formie i treści. Dlatego w tej opowieści lądujemy afrykańskim buszu i na stadionie z katolicką szopką w tle.
„Zmieniają się dekoracje, ale nie zmieniają się role.” – Stanisław Jerzy Lec
W tym audioeseju zostawiam przestrzeń na refleksję i chwilę zatrzymania tego „czegoś”, co sprawia, że jest dobrze tak, jak jest. Bez nadmiernej celebracji, za to z piosenką w finale. Howgh!
więc porozmawiajmy o tej kropce nad „i”
Ciekawa jestem, czy i Ty miewasz takie momenty, w których jedynym sensownym ruchem wydaje się być wyjście poza scenariusz?
Czy zdarzyło Ci się kiedyś celebrować „brak uczestnictwa” i co było jego najbardziej ożywczym skutkiem ubocznym?
Będzie mi bardzo miło, jeśli podzielisz się swoimi myślami w komentarzach.



