Afrykańskie intro

zarys rozumienia świata

Słowa blakną, myśli są wyblakłe, radość nie pikuje jak jakaś wariatka, a melancholia jest krewną tropików(tylko i wyłącznie). Wszystko jest podgrzewane od urodzenia i rdzeniem wszystkiego jest ciepło. Mój uśmiech blaknie, ale tylko po to, by się wpasować w krajobraz.

Kierunki: go góry, do przodu i do Paje, ale zawsze przed siebie.Każda wersja wydarzeń będzie i tak prowadzić do plaży. Ocean gra pierwsze skrzypce, orkiestra: tuszszszsz, napływowi wrażeń towarzyszą małe, szybkie kraby. Grzechoczą w biegu, a tajemnicze wzory, z prawie czarnych alg, na idealnie białym piasku tworzą wiersze, których nikt tu nie rozumie. Kierunek: w dół – traci znaczenie. Kierunek: w głąb – zaczyna się od dotyku miękkiej, ciepłej, słonej wody.

Czasami chodzi o to, żeby pod czystym niebem czysto grać do jednej bramki. Moja bramka jest tu. Chwilowo. Bo widziałam kilka innych po sąsiedzku…

Wzruszenie tłustym czwartkiem nie nadejdzie! I swojski zapach pączka nie nie poruszy wyobraźni. Nie będzie tak jak kiedyś i, co gorsze, nie będzie tak już zawsze…

Każda lwia twarz staje się lustrem tego świata, w które mogę gapić się godzinami. Kolory wsiąkają w oko jak w gąbkę i nocami wykręcają istne kalejdoskopy. Odwracam się i patrzę prosto w upał – jednym, lwim okiem.

Żeby wsunąć się pod powierzchnię należy wynająć łódź, zarezerwować maskę i przytroczyć rurkę, zakupić malutkie banany i wodę, i dotrzeć do Blue Lagune. Pod taflą czystego turkusu jest rafa pełna kraterów, wąwozów, rybich przechodniów i ukrytych skarbów. Inny świat porusza się z gracją, z prądem i oscyluje wokół tematów niezamierzonego piękna i zamierzonego przetrwania.

Pora relaksu jest sumą szalenie podstawowych potrzeb: woda pitna, cień, wiatr, swobodny dostęp do szumu oceanu. Pora relaksu posiada piekielną temperaturę i słońce o sile lasera. Dźwieki są wygaszone przez otumanienie gorącem, smaki czekają na wieczór. To pora zmielonych myśli, co drugiego słowa i zdań, których logika okazuje się zaskoczeniem nawet dla mówiącego. Pora relaksu jest konieczna, żeby szare komórki podtrzymywać przy życiu.

Ten momet, kiedy orientujesz się, że pływanie z delfinami to dziki pościg wielu łódek, wypakowanych krzyczącymi mzungu, za niedużym stadem. Mzungu, gdy łódka dogoni młode, skacze w masce do wody i goni dalej. Na szczęście – już nie może krzyczeć. Kiedy delfiny jednak dadzą nura w głąb, to kilkanaście łódek zastyga na moment, a potem z którejś z nich idzie sygnał do ataku i ta pędzi pierwsza, za wypatrzonym celem. Emocje rosną, a pierwotny instynkt polowania udziela się nawet silnkom spalinowym. Ten świat się mocno buja, obija o siebie, warczy i śmierdzi benzyną. Kotłowaniny, w której turyści wyskakują do wody, lawirują między łodziami probując dopaść delfina – nie da się opisać, ani sfotografować. Ocean o świcie nie jest spokojny. I niestety żadna fala nie nakryje tego procederu milczeniem.

Jest cieplej niż kiedykolwiek o tej porze. Tak mówią. Temperatura wody jest szalona. Ocean parzy. Patrzy w stopy. Rafy umierają, glony zagarniają plaże, turyści ledwo łapią powietrze. Wiatr zwany bryzą ratuje świat. Po tej jego stronie zmiana klimatu nie bierze jeńców.

Ludzie są szalenie sympatyczni i umiarkowanie proturystyczni. Karolina mi napisała, że na moich zdjęciach jest szalenie pusto, wiec donoszę że jest to efekt moich usilnych wysiłków. Generalnie unikam portrerowania nieznajomych i głupio mi wyciągać aparat w celu udawania, że koleguję się z malowniczym przechodniem. Piękni są ludzie, szczególnie kobiety, więc czasem im to mówię i idę dalej. Jest jednak jedna rzecz o którą mam ochotę zapytać: gdy niosą malutkie niemowlęta ramieniu, szczelnie zawinięte w kocyk, w 35 st C – to czy to dziecko nie jest już ugotowane, proszę pani? (Panowie też tak noszą maluszki). A może to uodparnia na upał na resztę życia?

Ten rodzaj zgiełku, który zaczyna Cię prowadzić przez miasto, który wymaga od Ciebie takiej koncentracji, że w końcu łapiesz wewnętrzną ciszę. I suniesz pewnym krokiem przez oszalałe skrzyżowania, przez portowe doki, pełne wypatrujących pracy tragarzy. I rozumiesz lokalne ścieżki i skróty, i bez zastanowienia wymieniasz zdawkowe uprzejmości z nieznajomym. Przy czym tutaj zdawkowość, to przynajmniej trzy pełne zdania w suahili. Ten rodzaj zgiełku sprawia, że idę wyprostowana, z podniesioną głową, jak tutejsze kobiety. W swoim rytmie.

To był najbardziej zakurzony sklep, jaki kiedykolwiek widziałam i w dodatku pełen wszystkiego. Na centralnym miejscu, na siedzisku z gazet, za ladą, siedziała dostojna, wielka matrona, która palcem pokazała mi mocno nadwyrężone krzesło, a potem na 20 minut o mnie zapomniała. A po tych 20 minutach powiedziała:- Już Cię tu widziałam, znam Twoją twarz. Zanim się nad tym zastanowiłam, przyszła ta oto kobieta, głucha i niemowa, z którą sprawnie wynegocjowałam wzór i cenę. A potem jeszcze długo siedziałam obserwując sekretne życie tutejszych mieszczan.

Kłaniam się miastu z okien i z balkonów; tęskniłam za szumem pokrzykiwań, za dźwiękiem klaksonów, za charpliwym śpiewem muezinów, a nawet za tym kurzem, który trudno zmyć z dużego palca u nogi. Tęskniłam za ciasnym uliczkami, brudnymi ścianami starych pałaców z koralowca i za tym, czego o mieście nie wiem. Też tęskniłam.

Siła powrotu. Magia wypchanej walizki. I słodki ciężar wrażeń… (i brak bagażu odnotowany po przylocie…)

i jeszcze „na odchodne”, taki oto obrazek (pod linkiem)

https://photos.app.goo.gl/AHnCDT7iNy45mMzH7

Zanzibar, luty, AD 2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *